środa, 21 lutego 2018

Corto Maltese. Tom 4. przygody celtyckie.



Jedna z moich ulubionych serii jakie ukazały się w 2017 roku dobija do czwartego tomu. Pomysł Egmontu by wznowić cykl o Corto Maltese, którego nie ukończyła oficyna Post to znakomita decyzja. Tym bardziej, że poprzedni wydawca nie przejmował się chronologią i wydał kilka tomów na chybił trafił. Teraz dostajemy wszystko po kolei i wygląda na to, że w końcu na naszym rynku pojawi się całość tej legendarnej serii.

Cykl o Corto Maltese opowiada o przygodach tytułowego żeglarza, awanturnika i okazjonalnie pirata. Ukazywał się od połowy lat 70. i od razu skradł serca krytyków i czytelników, zgarniając przy tym za pierwszy tom nagrodę dla najlepszego komiksu realistycznego na słynnym festiwalu w w Angoulême.



Akcja tej części rozgrywa się w europie na przełomie 1917 i 1918 roku. W pierwszej zawartej tu opowieści Corto pojawi się w Wenecji, gdzie szuka starej mapy wiodącej do legendarnego Eldorado. W drugiej historyjce będzie walczył o pozyskanie złota dla rebeliantów w Czarngórze. Trzecia traktuje o jego przygodach związanych z irlandzkimi powstańcami. Kolejna, dziejąca się na granicy jawy i snu i najbardziej mistyczna ze wszystkich tu zebranych, opowiada o tym jak Corto pomaga postaciom z mitologii brytyjskiej odeprzeć inwazję istot z niemieckich legend. W końcu bohater trafia do Francji, gdzie będzie świadkiem klęski słynnego lotnika Czerwonego Barona, Manfreda von Richthofena, a potem wmiesza się w kryminalną zagadkę w której główne skrzypce zagrają piękna kobieta, i nawiedzony, szalony artysta zajmujący się teatrem marionetek.



Mimo iż grafiki Pratta utrzymane są w realistycznej stylistyce, to bardzo daleko im do - przykładowo- frankofońskiego stylu zerowego. Autor bardzo sprawnie, ekspresyjnie posługiwał się czernią. Rysował odważną, grubą kreską i obdarzał postacie nieco topornymi twarzami. Jego styl jest bardzo oryginalny, co sprawia, że jego prace od razu można odróżnić od rysunków innych tuzów komiksu realistycznego. Pratt doczekał się oczywiście naśladowców i jego wpływy możemy odnaleźć w ekspresyjnych rysunkach Franka Millera i Mike'a Mignoli. Oryginalnie cykl o przygodach Corto publikowany był w czarno-białej formie. My dostajemy komiks koloryzowany akwarelami. Na początku, gdy powtarzałem pierwsze tomy w nowej wersji, barwy bardzo mi się nie podobały - albo były jeszcze źle dobrane, albo to ja się do nich z czasem przyzwyczaiłem, bo przy tym tomie zaakceptowałem taką formę i nie raziło mnie to już zanadto.



Komiks Pratta to żelazna klasyka, którą każdy fan komiksu przygodowego powinien mieć na półce. Być może seria odrobinę się postarzała, ale autor tak znakomicie miesza losy Corto z historycznymi wydarzeniami i tak uroczo prowokuje spotkania z autentycznymi osobistościami, że album, mimo iż czasem gęsto tu od literackiej narracji, czyta się jednym tchem.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Moon Knight - Z martwych Warren Ellis i Declan Shalvey



Niniejszy tomik to pierwsza odsłona przygód Moon Knight'a jaka w ogóle ukazała się w naszym kraju. Ja sam, podczas swojej podróży przez świat komiksu nie miałem nigdy okazji czytać jakiejkolwiek pozycji z tym bohaterem. W katalogu Marvela to postać dość niszowa, o której nie robi się filmów i nie sprzedaje ton związanych z nią zabawek, ale mimo wszystko posiadająca swoją bazę wiernych fanów, więc co jakiś czas docierały do mnie informacje, że to seria którą warto się zainteresować.

Zebrany w tym tomie ciąg zeszytów napisał Warren Ellis, twórca w naszym kraju znany głównie za sprawą szalonego autorskiego cyklu „Transmetropolitan”, jednak dość często pracujące też jako scenarzysta komiksów super-bohaterskich i są one uznawane za dobre. 



Znajdujące się w tym albumie historie to krótkie opowieści ukazujące nocne, bohaterskie wyczyny tytułowego Moon Knight'a, który broni Nowy Jork przed falą przestępczości. Spośród stert komiksów Marvela wyróżnia je mroczna atmosfera, której próżno szukać w innych tytułach tego wydawcy. Oczywiście, brutalny i równie posępny jest cykl o Daredevilu, jednak Moon Knight znacząco się od niego różni, bo w ogóle nie porusza tematu prywatnego życia bohatera. To nie kameralny dramat, a super-bohaterska pulpa skąpana w mroku ciemnych ulic. Dodatkowo opowieść w interpretacji Ellisa jest dość mocno oniryczna, co dość trafnie współgra z genezą tej postaci, gdyż bohater jest wcieleniem egipskiego boga księżyca, który, według starożytnych wierzeń chronił nocnych podróżnych przed czychającym na nich niebezpieczeństwem. Daje to duże pole do popisu rysownikowi, który wyciąga z tej opowieści wszystko co najlepsze w ilustracjach związanych z komiksem super-bohaterskim. 


Za warstwę graficzną tego tomu odpowiedzialny jest irlandzki rysownik Declan Shalvey. Powierzenie mu tej serii było bardzo trafnym wyborem. Mimo iż artysta korzysta w swej pracy z komputera, to jego utrzymane w duchu komiksu realistycznego ilustracje i kolory, są dostatecznie mroczne i idealnie podkreślają atmosferę nocnych eskapad odzianego w biel Pana Knighta (gdyż tak każe się tytułować ludziom nasz bohater). Narracja wizualna poprowadzona jest czytelnie i prosto, ale przy tym efektownie. Najwięcej dobrego rzemiosła kryje się jednak w scenach w których Shalvey portretuje bardziej oniryczne sekwencje, gdyż może się wtedy wykazać i przedstawić odważniejsze kompozycje plansz. Wychodzi mu to genialnie i czuć, że jest wtedy w swoim żywiole. 


Na tle opasłych wydań zalewających nasz rynek „Moon Knight” jest drobiazgiem, którego lektura starczy ledwie na krótki wieczór. Historia nie ma szans szczególnie się pogłębić, bo to co otrzymujemy, to niepowiązane ze sobą epizody, ale przyznam, że to co dostałem jest całkiem dobre. Martwi mnie jedynie fakt, że cała para poszła w gwizdek, bo za następny tom są odpowiedzialni zupełnie inni autorzy. Wydaje mi się, że Ellis i Shalvey nawet nie zdążyli się przy tym bohaterze rozkręcić, a już zakończyli przy nim pracę. Pozostaje mieć jedynie nadzieję, że ich następcy dosięgną wysoko zawieszonej poprzeczki, i może w końcu osadzą tę postać w jakiejś większej intrydze. Ten tom mi się co prawda podobał, ale odkładałem go na półkę z dużym niedosytem.

sobota, 10 lutego 2018

Daredevil. Nieustraszony. Tom 2 by Bendis i Maleev

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski



Daredevil wraca. Kolejny opasły tom przygód śmiałka z Hell's Kitchen trafił do księgarń. To jeden z najlepszych komiksów, jakie w zeszłym roku Egmont miał do zaoferowania i bardzo cieszę się, że tempo wydawania kolejnych części jest tak szybkie. 

 Zapomnijcie o komiksach superbohaterskich jakie znacie. Na łamach tej serii próżno szukać wielkich bitew o losy wszechświata. Szczególnie w tym tomie, który skupia się głównie na procesie, jaki Matt Murdock wytoczył redakcji, która ujawniła jego sekretną tożsamość (i uparcie próbuje dowieść, że nie jest Daredevilem). Sprawia to, że bohater musi brnąć w kłamstwo, a przy tym narażać swoich przyjaciół i bliskich, którzy mogą paść ofiarą złoczyńców, którzy chcą się odegrać na Murdocku. Do gry wraca też Kingpin, który w poprzednim tomie był ofiarą zamachu na swoje życie i musiał salwować się ucieczką do Europy. Zresztą, to ów gangster chronił tożsamość Murdocka, i to właśnie po jego odejściu sprawy przybrały zły obrót i teraz musi od nowa walczyć o przejęcie władzy w Nowym Jorku. Co gorsza dla naszego bohatera, ostateczne rozwiązanie kwestii Daredevila może być dla niego bardzo pożądanym pokazem siły. Konfrontacja obu panów wydaje się więc nieunikniona.  



Dla scenarzysty Briana Michaela Bendisa seria ta staje się okazją do zaprezentowania swoich pisarskich możliwości. To już nawet nie jest kryminał noir, a po prostu mroczny, mocno osadzony w miejskiej scenerii dramat obyczajowy z zamaskowanym bohaterem w roli głównej, który siłuje się z sobą samym i przeciwnościami losu. Podejścia do opisania takich historii widzieliśmy co prawda przynajmniej kilka razy, ale rzadko kiedy kończyło się to pełnym sukcesem. Bendisowi ta sztuka udaje się bardo dobrze i z powodzeniem możemy postawić jego serię obok słynnych komiksów Franka Millera, opowiadających o zamaskowanym śmiałku z Hell's Kitchen i jego prywatnych problemach, które wszak stanowiły ważną część opowieści publikowanych na łamach miesięcznika. Nie okłamujmy się, to bolesne upadki i mozolne podźwignięcia zawsze były najlepszymi fragmentami tej serii. Bendis to wie, bo zna mitologię Daredevila i znakomicie z tego korzysta. 



Niemal cały drugi tom przygód Daredevila ilustrował Alex Maleev. To znakomity artysta, jeden z tuzów amerykańskiego komiksu i prawdziwy mistrz realistycznego stylu. Kolory na jego prace kładło kilku rzemieślników i co istotne, jego rysunki świetnie się z nimi komponują. Cała warstwa graficzna znakomicie oddaje szaroburą atmosferę asfaltowej dżungli, w której rozgrywa się niewesoła akcja tego komiksu.  

Album ukazuje się w egmontowskiej serii Marvel Classic. Mimo iż od pierwszej publikacji przygód Daredevila pisanych przez Bendisa minęła raptem dekada, to zdecydowanie zasługują już na miano klasyka – to opowieść spójna, przemyślana i mądrze pogrywająca z mitologią śmiałka z Hell's Kitchen. Być może album ten nie przypadnie do gustu tym którzy szukają w opowieściach superbohaterskich wartkiej akcji, wielkich bitw i bohaterów strzelających tęczą z ucha, ale na pewno zaspokoi wszystkich miłośników dobrego komiksu.


piątek, 9 lutego 2018

"Wolverine. Tom 2" Jason Aaron

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski.




Kariera Jasona Aarona zatoczyła koło. Jako scenarzysta debiutował bowiem za sprawą konkursu na opowieść o Wolverine – wygrał, został doceniony, a jego komiks został opublikowany w jednym z zeszytów tej serii.  Sukces zachęcił go do dalszych prób pisarskich i przez lata stworzył kilka uznawanych dziś za wybitne autorskich dzieł ("Skalp", "Bękarty z południa"). Po latach, gdy był już niemal na samym szczycie, zaproponowano mu pisanie komiksów z pierwszoligowymi bohaterami Marvela i tym samym wrócił do tworzenia przygód Rosomaka.  

Nie podobał mi się pierwszy tom antologii zbierającej historie Aarona opowiadające o Wolverine, ale z racji tego, że bardzo cenię go jako scenarzystę – uważam jego autorskie serie za jedne z najlepszych we współczesnym komiksie – postanowiłem dać mu jeszcze jedną szansę. Zawiodłem się niestety po raz drugi, bo zawarte tu fabuły nie wychodzą ponad przeciętność, która prezentowana była w pierwszej odsłonie. Jest dobrze, poprawnie, ale po tym autorze spodziewam się więcej, niż typowego rzemieślniczego pisania – a tylko to w tych albumach dostajemy. 

W pierwszych zeszytach Wolverine'a tworzonych przez Aarona czuć było, że dobrze się bawi pisząc tę postać - wkładał w jej usta niebanalne teksty, przedstawiał jego prywatne życie - tu robi to mniej chętnie. Akcja skupia się głównie na superbohaterskich, nierzadko pożenionych z science fiction fabułach (parafrazowany jest tu między innymi "Terminator"). Na tle innych opowieści wyróżnia się miniseria traktująca o tym, jak Wolverine trafia do domu wariatów, ale mimo tematyki obiecującej dużo psychologicznych atrakcji i nietypowych dla komiksu superbohaterskiego scen, potencjał nie zostaje dobrze wykorzystany, a sama opowieść zostaje dość niezgrabnie domknięta. Pewnym plusem tego zbioru jest fakt, że bazuje na dłuższych historiach. Poprzedni prezentował w dużej mierze opowieści powyrywane z większych cykli, pozbawione kontekstu, niejako pisane z doskoku, przez co czytelnik wiele tracił zostając sam na sam z niedomkniętymi wątkami.  



"Wolverine. Tom 2" Aarona to nie jest zły komiks. Zbiera wśród polskich publicystów bardzo dobre recenzje – może mam zbyt duże oczekiwania względem tego scenarzysty, który jakby nie było jest dla mnie głównym bohaterem tego dzieła? Faktem jest, że wybitnych komiksów o Rosomaku ze świecą szukać, i te pisane przez Aarona, zapewne wyróżniają się na tle masowo publikowanej pulpy. Tak przypuszczam, bo zazwyczaj nie sięgam po superbohaterskie czytadła. Niemniej ja – czyli czytelnik szukający w komiksach czegoś więcej, ale zarazem przecież fan Aarona i Wolverine'a– jestem zawiedziony

wtorek, 30 stycznia 2018

Spider-Man i Czarna Kotka: zło, które ludzie czynią


Jako dziecko zaczytywałem się w przygodach Spider-Mana. Kilka lat temu, po lekturze znakomitego komiksu Spider – Man „Niebieski” obiecałem sobie, że ten tytuł będzie tym ostatnim, nie będę sobie psuł wspaniałych wspomnień i nie przeczytam już nigdy żadnej opowieści o Człowieku-pająku. Ostatnio jednak złamałem przyrzeczenie i sięgnąłem po album „Spider-Man i Czarna Kotka: zło, które ludzie czynią”. Wszystko przez scenarzystę tego komiksu: legendarnego reżysera filmowego Kevina Smitha, autora takich pamiętnych dzieł jak „Sprzedawcy”, „Dogma” czy „Cichy Bob i Jay kontratakują”.

Po pięciu latach nieobecności Czarna Kotka wraca do Nowego Jorku. Szuka swojej przyjaciółki która zaginęła w dziwnych okolicznościach. Szybko okazuje się, że tropem który podjęła podąża też Spider-Man. Wraz z biegiem historii Smith wprowadzi na scenę również inną ulubioną przez czytelników postać – Daredevila. Bohaterowie łączą siły by dalej razem prowadzić śledztwo. Jednak wszystko potoczy się zupełnie inaczej niż można się spodziewać, a Czarna Kotka nie przypadkowo figuruje w tytule obok pająka, bo odegra w tej historii kluczową rolę. 



Nie czytam od dawna nowych komiksów o Człowieku- pająku, więc trudno mi powiedzieć jak na ich tle wypada historia pisana przez Smitha, ale ogólnie to przyzwoicie poprowadzona opowieść, do tego nieoczekiwanie skręcająca w rejony których nie spodziewałem się po komiksie o Spider-manie. Jednak mimo tego, że fabuła zawiera w sobie coś poważniejszego niż typowa super-bohaterska bitka(nie chcę zdradzać tego elementu fabularnego by nie psuć zabawy) to scenarzysty nie interesuje dekonstrukcja gatunku. Mimo iż autor stawia swojego bohatera w niewygodnej sytuacji (Czarna Kotka to wszak jego była dziewczyna) to trudno tu też szukać szczególnie pogłębionej psychologii, ale byłbym głupcem gdybym tego oczekiwał po opowieściach ze Spider-manem. Również temat czyniący z tego komiksu coś poważniejszego jest ledwie polizany. Nie znajdziemy tu też odważnych zabaw formalnych, a rysunki są co najwyżej dobre w swojej klasie. Historia ta nie ma też w sobie dawki nostalgii która czyniła ze wspomnianego Spider-man „Niebieski” dzieło nietuzinkowe i adresowane do ludzi którzy zaczytywali się – tak jak ja - w dzieciństwie opowieściami obrazkowymi o pająku. Komiks Smitha pozostaje historią dla nastolatków. Od razu zaznaczam więc, że fani dojrzałych opowieści super-bohaterskich spod znaku Alana Moore'a nie mają tu czego szukać. 



Mógłbym powiedzieć, że spodziewałem się po tej historii więcej, ale tak naprawdę nie miałem wygórowanych oczekiwań. Niemniej przed lekturą towarzyszyła mi niepewność której nie powinien czuć recenzent komiksowy, któremu zdarza się pisać na poważnie nawet o publikacjach dla małych dzieci – czy przypadkiem nie jestem już za stary na opowieść o Spider-manie? Ostatecznie muszę pogodzić się ze smutną prawdą - nie jestem już targetem tego dzieła. Z drugiej strony, jako fan Kevina Smitha, który tak jak ja jest brodatym grubasem, czuję się nieco zawiedziony, że nie napisał tej historii także dla mnie. Mógł przewidzieć, że ze względu na jego nazwisko sięgną po ten komiks jegomoście po trzydziestce. Zupełnie zapomniał, że wraz z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność.



środa, 24 stycznia 2018

BBPO 1946-1948

Tekst pierwotnie ukazał się na stronach Wirtualnej Polski.



"BBPO 1946-1948" to poboczna seria należąca do uniwersum Hellboya, którego autorem jest Mike Mignola. W oryginalnej serii przedstawione zostaje to, jak w czasie drugiej wojny sprowadzono Piekielnego Chłopca do naszej rzeczywistości. Potem widzimy go już dorosłego i działającego w latach 90. w Biurze Badań Paranormalnych i Obrony. "BBPO 1946-1948" pokazuje, jak wyglądała praca tytułowej organizacji pomiędzy tymi wydarzeniami. 



Głównym bohaterem większości opowieści zebranych w tym opasłym tomie jest profesor Trevor Bruttenholm - to właśnie on opiekował się Piekielnym Chłopcem, zanim ten stał się herosem znanym z głównej serii. Bruttenholm zajmował się również działalnością biura, którego charakter nie wiele różni się od słynnego Archiwum X. Wszystko zaczyna się, gdy w 1946 r. Bruttenholm przybywa do zajętego przez aliantów Berlina, gdzie przyjdzie mu zbadać śmiertelnie groźny niemiecki projekt masowego zniszczenia - Vampir Sturm. Druga historia poetyką nawiązuje mocno do wampirzych filmów z wytwórni Hammer i opowiada o żołnierzach wysłanych do Francji, by zgładzili gnieżdżących się w ruinach pewnego zamku krwiopijców. Trzecia, tematyką najbardziej zbliżona jest do dzieł Howarda Phillipsa Lovecrafta, bo pojawiają się tu potwory żywcem wyjęte z bestiariusza samotnika z Providence. W historiach tych klaruje się obraz tego, czym tytułowe biuro będzie się zajmowało na przestrzeni dekad. Wątkiem pobocznym jest też dorastanie Hellboya, który w tych opowieściach jest jeszcze małym chłopcem, szybko dojrzewającym, ale charakterem niewiele różniącym się od typowych dzieci.  


Scenariusze do tych historii napisał sam Mignola, ale współpracował przy tym z Johnem Arcudim i Joshuą Dysartem. Akcja zebranych tu komiksów jest znakomicie poprowadzona i trudno gdziekolwiek wbić autorom szpilę. Nieważne, czy bohaterom przychodzi walczyć ze stworzonymi przez Niemców wampirami, czy potworami z innego wymiaru, wszystko jest zawsze podparte solidnie napisaną fabułą. 

 Przy "BBPO 1946-1948" pracowała cała armia zdolnych rysowników. Najbardziej w pamięć zapada brazylijski duet Gabriel Ba i Fabio Moon, których krecha bardziej przypomina komiks europejski niż amerykański mainstream. Nieźle prezentuje się też realistyczny styl w wykonaniu Paula Azaceta i niepowtarzalne grafiki Maxa Fiumary. Warstwa plastyczna wypada fantastycznie i jedynym grzechem pracujących przy niej twórców jest fakt, iż nie są Mignolą. Niemniej kolory zostały tak dobrane, by bardzo pasowały do cyklu o Hellboyu – zresztą w większości nakładał je Dave Stewart, stały kolorysta serii o Piekielnym Chłopcu. Patrząc na ilustracje czuć, że czyta się komiks przynależny temu uniwersum.  



Popkultura lubi odcinać kupony od sukcesu danej marki, co zazwyczaj wychodzi mizernie, ale "BBPO 1946-1948" jest wyjątkiem od reguły. Zaryzykuję tezę, że komiks ten jakością niewiele różni się od oryginalnych przygód Hellboya, a niektórym czytelnikom może nawet podobać się bardziej.

czwartek, 4 stycznia 2018

Batman/Sędzia Dredd. Wszystkie spotkania

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski 


"Batman/Sędzia Dredd. Wszystkie spotkania" to zbiór klasycznych już komiksów, na kartach których występują obok siebie dwie flagowe postacie z dwóch rożnych uniwersów: amerykańskiego DC Comics i brytyjskiego 2000AD. Fachowo zabieg łączenia światów nazywa się "crossoverem". Niniejszy zbiór komiksów jest wzorcowym przykładem opowieści tego typu.

Scenariusze do wszystkich zebranych tu historii napisali Alan Grant i John Wagner. Natomiast grafikami zajęła się cała armia cenionych rysowników. Co istotne, niemal wszyscy twórcy pochodzili z Wielkiej Brytanii. Jest to swoisty znak czasu i znakomity przykład brytyjskiej inwazji na amerykański rynek komiksowy, która nastąpiła na przełomie lat 80. i 90.  

Pierwsza i zarazem najsłynniejsza opowieść znajdująca się w tym zbiorze to "Sąd nad Gotham" ilustrowany przez znakomitego brytyjskiego rysownika Simona Bisleya. W naszym kraju to komiks kultowy, znany jeszcze z wydania które ukazało się w latach 90. W mieście Batmana, Gotham pojawia się Sędzia Śmierć, jeden z Mrocznych Sędziów, antagonista Dredda zabijający każdego napotkanego na swej drodze człowieka. Tymczasem Batman przypadkowo przenosi się do Mega City One, gdzie popada w kłopoty z prawem. Dredd nie ma zamiaru odpuszczać Nietoperzowi i chce go wsadzić do paki, za latanie po mieście w dziwnym stroju. Na szczęście Batman spotyka na swojej drodze piękną Sędzinę Anderson, która pomaga mu wrócić do Gotham. Jego śladem podąża Dredd, aż w końcu razem stawiają czoła Sędziemu Śmierć. Nawet jeśli fabuła tego komiksu jest dość pretekstowa, to daje szansę wykazać się Bisleyowi, którego grafiki to szalona jazda bez trzymanki. Jego prace to styl realistyczny, ale z charakterystyczną dla niego mocno przegiętą, nieco karykaturalną manierą, podkreśloną przez bardzo efektowne barwy nałożone między innymi za pomocą aerografu, miniaturowego pistoleciku do rozpylania farby przez strumień sprzężonego powietrza (niektóre źródła podają, że korzysta z pistoletu do lakierów samochodowych – jakby nie było to bardzo podobna technika), co poskutkowało bardzo udanym efektem bliskim hiperrealizmu. Opowieść ta staje się nie jako wzorem, matrycą tego jak mają wyglądać późniejsze spotkania Nietoperza i Dredda. 



Druga zebrana w tym tomie historia to "Wendeta w Gotham", którą zilustrował Cam Kennedy. To jednozeszytowa, krótka opowieść o tym jak Dredd pojawia się w Gotham, by ostrzec Batmana przed zamachem bombowym, którego chce dokonać łotr znany w uniwersum Nietoperza jako Brzuchomówca. Historia ta narysowana jest typową realistyczną kreską, bez większych fajerwerków. Kennedy nie jest mistrzem komiksu i jego ilustracje nie robią takiego wrażenia jak rozbuchany styl Bisleya, ale ze swojego zadania wywiązał się dobrze. Z wszystkich zawartych tu albumów o Batmanie i Dreddzie ten najmniej wpisuje się w stylistykę graficzną wypracowaną w pierwszej części.  

Trzecia opowieść to "Ostateczna Zagadka". Przy jej ilustrowaniu pracowało dwóch rysowników Carl Critchlow i Dermot Power. W komiksie tym Batman i Dredd zostają porwani przez kosmicznego cesarza Xero i zmuszeni do wzięcia udziału w igrzyskach łowieckich w których człowiek-nietoperz będzie zwierzyną, a sędzia jednym z łowców. Opowieść nie zachwyca od strony fabularnej, ale graficy stanęli na wysokości zadania i próbują dorównać wysokiemu poziomowi jaki wyznaczył Bisley. Znów w ruch idzie aerograf, dzięki któremu na rysunki nałożono bardzo efektowne kolory i fantastyczne cieniowanie. Komiks ten jest pełen akcji, przez co twórcy mają okazje zaprezentować się z dobrej strony i uchwycić w swoich rysunkach sporo dynamiki.  



Czwarty tytuł zawarty w tej antologii to niewiele mniej znany niż "Sąd nad Gotham" album "Uśmiech Śmierci", który pierwszy raz w naszym kraju ukazał się w 1999 r. W historii tej Joker przenosi się do Mega City One, gdzie wchodzi w konszachty z Mrocznymi Sędziami, śmiertelnie groźnymi przeciwnikami Dredda. Jego tropem oczywiście ruszają nasi bohaterowie. Rysunkami do tej opowieści zajęli się Jim Murray i Glenn Fabry (w naszym kraju znany głównie z okładek do słynnej serii "Kaznodzieja" i jako ilustrator cyklu "Slaine"), którzy obaj tworzą w podobnej do Bisleya poetyce. Ten drugi zresztą niemal dorównuje mu talentem, a przy tym, ma wyrobiony swój własny niepowtarzalny styl. Barwy znów są bardzo malarskie i podkreślają mroczną atmosferę tej opowieści. 

 Ostatnią historią, niejako bonusową (nie jest nawet wymieniona na okładce) jest komiks opowiadający o spotkaniu Dredda z Lobo. Nie występuje tu wcale Batman, i z cyklem łączą ją tylko osoby scenarzystów. To dynamiczna, pełna akcji historia w której przypadkowo przecinają się ścieżki obu bohaterów. Niemniej nie jest to nic szczególnie dobrego w porównaniu do solowych występów Dredda i Lobo, i redaktorzy komponujący skład tego tomu mogli sobie ją darować. Komiks narysowany jest bardzo klasycznie przez Vala Semeiksa i ma komputerowo nałożone kolory, co bardzo wyróżnia go spośród innych zebranych tu historii.


 Album ukazał się w Egmontowskim standardzie DC Deluxe, co oznacza, że ma lekko powiększony format, twardą płócienną oprawę i obwolutę która została ozdobiona grafiką Mike'a Mignoli twórcy "Hellboya". Tym wszystkim wodotryskom oczywiście towarzyszy wysoka jakość druku, a zebrane tu komiksy znakomicie prezentują się na kredowym papierze. To bardzo dobrze, bo w końcu efektowne rysunki są największą zaletą tych opowieści. Mimo iż połączenie obu uniwersów było zabiegiem stricte komercyjnym, to moim zdaniem w naszym kraju grupa docelowa nie jest znów aż tak szeroka. Historie zawarte w tym tomie nie są złe, ale to pozycja kierowana raczej do żelaznych fanów Batmana i Dredda, niż do kogoś kto chce przeczytać bardzo dobry komiks.