poniedziałek, 11 grudnia 2017

Życie i czasy Dona Rosy

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach RYMSu.



Komiks dziecięcy w naszym kraju wciąż jeszcze kojarzy się z nieśmiertelnym Kaczorem Donaldem, który przy okazji jest adresatem większości inwektyw kierowanych w stronę opowieści obrazkowych. Oskarża się go o infantylizm, a jego twórców o wyrobnictwo. Jakość publikacji bywa różna, ale w ciągu niemal stu lat istnienia korporacji Disneya przez ich deski kreślarskie przewinęły się prace autorów nieprzeciętnych, a także takich, których twórczość jest dziś uznawana za wybitną. Jednym z nich jest Don Rosa.  

Obywatel Sknerus  

Jego najważniejszy komiks, "Życie i czasy Sknerusa McKwacza", to biografia fikcyjnej osobistości, najbogatszego kaczora świata, wymyślonego w latach czterdziestych przez Carla Barksa. Na filmie zamieszczonym na YouTubie, w którym Rosa oprowadza widzów po swoim domu, można dostrzec, że w jego pracowni, prócz niesamowitego zbioru kaczych dewocjonaliów, znajdziemy pokaźną kolekcję kina z początków XX wieku. Są tam dzieła Davida W. Griffitha, Charliego Chaplina, Fritza Langa, Harolda Lloyda. To zapewne przejaw miłości do klasycznego kina, ale również encyklopedia pomagająca w pracy, niezastąpione źródło informacji na temat strojów i innych realiów ówczesnego życia. Rosa jest bowiem do tego stopnia wierny komiksom Barksa, że niemal wszystkie swoje historie osadza na przełomie XIX i XX wieku.  

Pochodzący ze starego szkockiego klanu Sknerus McKwacz to postać wykreowana w czasach wielkiego kryzysu, ma więc trudny charakter i cechuje go szorstkość ludzi żyjących w tamtym okresie. Jego historia to również historia kolonizacji i emigracji zarobkowej – zanim osiadł w Ameryce, podróżował po całym świecie. Elementy, wokół których Rosa buduje fabuły swojego cyklu, były wspominane na łamach komiksów Barksa. Czasem wydarzenie, o którym Sknerus ledwie napomknął, urasta w komiksie Rosy do pełnometrażowej historii. Z serii opowieści stworzonych w charakterystycznym dla "Kaczora Donalda" kilkunastostronicowym standardzie, zebranych i wydanych w tym grubym albumie, wyłoniła się pełna goryczy epicka saga, ujęta w konwencję powieści awanturniczej.  

Brzmi poważnie. Czy to jeszcze komiks dla dzieci? – spytamy. Sam autor w wywiadach przyznaje, że nie zaprząta sobie tym głowy. Tworzy po prostu przejmujące historie, które sam chciałby przeczytać. Nie ma tu prostego dydaktyzmu, a nad całym cyklem wisi głęboki, uniwersalny morał, przypominający o tym, co jest w życiu najważniejsze i ile możemy przegapić, jeśli będziemy pędzić ślepo za pieniędzmi. Warto podkreślić, że nie są to komiksy szczególnie trudne w odbiorze. Przepełnione są humorem sytuacyjnym i mają wartką akcję, dzięki czemu z satysfakcją mogą je czytać nawet młodsze dzieci. Jednak dla mnie "Życie i czasy…" to przede wszystkim opowieść o samotności. W komiksie tym, uchodzącym dziś za arcydzieło, prócz hołdu dla Barksa i książek przygodowych odnajdujemy odwołania do Dickensa, twórczości (i życia) Jacka Londona, do "Obywatela Kane’a" Orsona Wellesa – i to zapewne mały odsetek odwołań, które tam znajdziemy, bo o relacjach komiksów Rosy z innymi dziełami powstały już prace doktorskie. Intertekstualność jego komiksów nie działa w jedną stronę. Kilka lat temu serwisy filmowe obiegła anegdota, że pomysł na "Incepcję" zaczerpnięty jest z jednego z komiksów z Kaczorem Donaldem. Oczywiście chodziło o komiks Rosy, "Czy to jawa, czy sen?" ("The Dream of a Lifetime"). 

 Artysta czy rzemieślnik?  

W takich korporacjach jak imperium Disneya nie ma sentymentów, nawet dla twórców tej klasy co Rosa. I sam Rosa bardzo źle wypowiada się o tym koncernie. Przez wiele lat udawało mu się unikać kontaktu z firmą matką, współpracował za to z wydawcami mającymi prawa do kaczych komiksów – najpierw z amerykańskim Gladstone Publishing, potem z europejskimi filiami. W czasach, gdy zaczął tworzyć komiksy ze Sknerusem, zabraniano twórcom nawet podpisywać się pod swoimi pracami (wielu ludzi tego nie dostrzega, ale Disney do dziś niechętnie eksponuje nazwiska autorów). Prócz tego Rosa, tworząc komiksy, musiał dostosowywać się do norm i rozpisywać swoje opowieści na określoną liczbę stron, by mieściły się w wydaniach zeszytowych. Żeby opowiadać bardziej rozbudowane historie, nauczył się upychać na planszach jak najwięcej wydarzeń. Stał się w tym prawdziwym mistrzem. Jego kadry są często bardzo złożonymi piktogramami, w których wiele dzieje się na drugim planie.  

Można by pomyśleć, że w komiksach Rosy liczy się głównie gawędziarstwo, bogata narracja. Trzeba jednak obiektywnie stwierdzić, że mimo braku wykształcenia plastycznego rysuje on znakomicie. Jego grafiki są tak efektowne, że wielu czytelników uznaje go za najlepszego ilustratora kaczych komiksów. Z wykształcenia Rosa jest inżynierem i odbija się to na jego sposobie pracy. Gdybyśmy przyjrzeli się temu, czego używa w pracowni (na przykład niezliczonej ilości szablonów, które wykorzystuje do rysowania monet i innych detali), stwierdzilibyśmy, że jego warsztat jest wielce osobliwy.  

Kreska w komiksach Rosy jest bardzo gęsta. Widać też, że przykłada on wielką wagę do szczegółów, krajobrazów i architektury. Jego styl jest najchętniej zestawiany z grafikami Barksa, ale doczekał się również porównań z najważniejszym twórcą komiksowej kontestacji – ojcem obrazoburczego "Kota Fritza", Robertem Crumbem. Zestawianie artysty odpowiedzialnego za „dedisneizację” komiksowych animorfów z twórcą pracującym dla tego koncernu wydaje się niedorzeczne, ale sam Rosa przyklaskuje temu porównaniu. Zdaje mi się, że zgodziłby się z tym i sam Crumb, ponieważ często przyznaje, że jest samoukiem, którego w dzieciństwie kształtowała twórczość Barksa.  

W 1995 roku Rosa został uhonorowany nagrodą Eisnera, najważniejszym branżowym wyróżnieniem. Mimo że zdobył uznanie w rodzimym środowisku komiksowym, spotkał go los podobny do losu wielu amerykańskich pisarzy – jest twórcą popularnym głównie w Europie. Największą estymą cieszy się we Włoszech, w Skandynawii i w Niemczech. Ciekawe jest również to, że jego komiksy tworzone przed okresem disnejowskim współcześnie zostały wznowione tylko w Norwegii. Na szczęście dla reszty świata – w angielskiej wersji językowej.  

Polska, jeśli chodzi o liczbę wydanych dzieł Rosy, nie należy do czołówki. Ale jeśli liczbę jego prac opublikowanych w naszym kraju porównamy na przykład z liczbą opublikowanych w Polsce dzieł Carla Barksa (ukazało się u nas bardzo mało dłuższych, czyli ważniejszych historii jego autorstwa), uznamy, że mieliśmy całkiem sporo szczęścia, bo wyszły u nas niemal wszystkie komiksy Rosy. Niestety, poza dość łatwo dostępną zbiorczą edycją "Życia i czasów Sknerusa McKwacza" historie jego autorstwa są rozproszone w wydaniach zeszytowych. 

 Pisząc ten tekst, próbowałem zebrać wypowiedzi twórców i publicystów na temat Dona Rosy. I okazuje się, że wszyscy dobrze znają to nazwisko, wiedzą, jak cenionym jest autorem, ale nie są w stanie powiedzieć, co go spośród ludzi pracujących z kaczymi komiksami wyróżnia, dlaczego warto sięgać akurat po jego historie. Co ciekawe, pokolenie dzisiejszych dwudziestolatków, których dzieciństwo zbiegło się z pierwszym polskim wydaniem "Życia i czasów Sknerusa McKwacza", zdaje się w pełni rozumieć jego fenomen. Pozostaje mieć nadzieję, że wznowienie tego komiksu sprawi, że po dzieła autorstwa Rosy sięgną kolejne rzesze czytelników – dzieci i dorosłych

wtorek, 5 grudnia 2017

Wolverine - Jason Aaron

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski 





Marzenia czasem się spełniają. Potwierdza to historia kariery Jasona Aarona - w 2001 r. autor wziął udział w konkursie zorganizowanym przez Marvela i na pewnym konwencie wrzucił jednostronicowy scenariusz o Wolverinie do skrzynki zbierającej zgłoszenia. Wygrał, a komiks który powstał na jego podstawie można przeczytać w opisywanym tomie.  Zachęciło go to do kolejnych kroków, zaczął pisać scenariusze i kilka lat później dorobił się własnych serii, które uzyskały kultowy status. W końcu dotarł na sam szczyt i zaproponowano mu pisanie skryptów do największych tytułów z rynku komiksu superbohaterskiego. Między innymi właśnie do Wolverine'a.  

Tom opatrzony numerem jeden to opasła antologia zbierająca komiksy narysowane do scenariuszy Aarona, który pisaniem przygód Rosomaka zajmował się wiele razy na przestrzeni ostatnich dwóch dekad. Zazwyczaj w tego typu publikacjach jakość prezentowanych historii jest różna, ale tym razem poziom jest bardzo równy. Niestety, wszystkie zebrane tu opowieści łączy jedno - są bardzo przeciętne. W trakcie lektury cały czas towarzyszyło mi wrażenie, że to rzecz, którą Aaron tworzy, by zapłacić rachunki, a nie historia powstała z potrzeby serca. Owszem, czuć, że dobrze mu się ten komiks pisze, bo tworzy świetne wewnętrzne monologi Rosomaka, ale sama fabuła to typowa superbohaterska pulpa z dużą ilością prania się po mordach. Coś, co widzieliśmy już setki razy na kartach innych komiksów. Nie jest to co prawda pozycja bardzo zła, ale do miana bardzo dobrej też jej daleko. Dużym minusem jest też fakt, że Aaron pisał te komiksy z doskoku, pojawiając na łamach serii niejako gościnnie, przez co akcja nie zachowuje ciągłości fabularnej - wszystko jest dziurawe jak szwajcarski ser, bo nie znamy kontekstu opowiadanej historii i czytamy tylko wycinek większej całości, a nie pełnoprawną powieść graficzną. Być może Aaron (jak zapewnia we wstępie) pisząc Wolverine'a spełnia swoje marzenia, ale historie te nie trzymają poziomu jego znakomitych autorskich projektów, genialnych serii: "Skalp", "The Goddamned" i "Bękarty z południa". 



W czasie pracy nad przygodami rosomaka Aaron pracował z różnymi rysownikami. Chciałbym napisać o nich coś dobrego, ale prawda jest taka, że ich prace są również przeciętne co scenariusze Aarona. Być może pod komputerowo nakładanymi kolorami czai się gdzieś zdolny twórca, ale mi nie było dane zachwycić się stylem któregokolwiek z prezentowanych tu rysowników. Jest rzemieślniczo i poprawnie, bez jakichkolwiek fajerwerków.

Na koniec, ostatecznie rozliczając się z tym tytułem i niejako broniąc twórców przypomnę, że Wolverine nigdy nie miał szczęścia do dobrych historii i komiksy wybitne w których gra główne skrzypce, można policzyć na palcach jednej ręki. Niemniej, to właśnie dlatego z dużą nadzieją sięgałem po ten tom i jest mi najzwyczajniej przykro, że tak niemiło zawiodłem się na pracy Aarona, który przecież jest wybitnym scenarzystą i stać go zdecydowanie na więcej. Wielka szkoda, że ta bajka się tak pięknie zaczęła, a kończy się tak smutno. 


Head Lopper - & Wyspa albo Plaga Bestii



 Tekst pierwotnie ukazał się na Wirtualnej Polsce


Na rynku komiksowym pojawił się nowy gracz – Non Stop Comics. Wydawca działa odważnie i wprowadza na półki księgarskie całą gamę tytułów ze skupiającej niezależnych twórców amerykańskiej oficyny Image. Jednym z nich jest "Head Lopper" prezentujący dość nietypowe spojrzenie na komiks w konwencji fantasy. 

Wielki dekapitator Norgal (czyżby prztyczek w kierunku Thorgala?), zabójca monstrów przypominający aparycją i charakterem słynnego Conana barbarzyńcę, przybywa na wyspę Barra wykonać serię zleceń, ponieważ krainę tą prześladuje plaga potworów. Można by pomyśleć, że jest typowym samotnym bohaterem, gdyby nie zawartość jego worka w którym tkwi urżnięta głowa wiedźmy Aghaty Błękitnej. Mimo iż łeb został dawno ucięty, to nie przeszkadza mu być niezwykle gadatliwym, przez co wiele razy staje się źródłem komicznych sytuacji. Podczas pobytu na Barra Norgal szybko wchodzi w konflikt z tamtejszymi duchownymi, ale pozostaje na wyspie bo zleceń jest dużo. Jedno z nich otrzymuje od samej królowej, lecz nie wie, że przy okazji wpląta się w znacznie większą kabałę niż przypuszczał. Ktoś czai się na jego głowę. Dosłownie i w przenośni, bo łotr chce zabrać mu łeb czarownicy, który może zostać użyty w niecnych celach.


Na pierwszym planie "Head Lopper" jest opowieścią heroic fantasy, ale trudno postrzegać go tylko w tych ramach. To również historia stworzona w duchu komiksu niezależnego, a także znakomita czarna komedia ze świetnie wykreowanym uniwersum i znakomicie zarysowanymi, sympatycznymi głównymi bohaterami - dokładnie z jednym bohaterem, i wspomnianą uciętą głową. To także opowieść pełna akcji, w której odcięte monstrom łby liczą się w dziesiątkach sztuk. Wszytko to sprawia, że świat "Head Loppera" jest miejscem do którego chce się wracać, więc z niecierpliwością wyczekuję już następnego tomu. Trudno mi dopatrzeć się minusów tej historii, i chyba jedynym jest fakt, że nie jest to komiks głęboki i poruszający ważkie tematy, ale tych przecież na rynku jest sporo, a oprócz wydawanego przez studio laine „Slaine'a” brak u nas naprawdę dobrego pulpowego fantasy.

Styl Andrew Macleana to rozbuchany, zwariowany cartoon z semirealistycznie, ale też bardzo ekspresyjnie narysowanymi bohaterami. Rysunki te najczęściej porównywane są do grafik twórcy "Hellboya" Mike'a Mignoli. Przytaknę, ale dodam, że mi przypominają też trochę naznaczoną cartoonem kreskę wielkiego europejskiego twórcy - Davida B. Grafiki te znakomicie komponują się z komputerowo nałożonymi kolorami za które odpowiedzialny był Mike Spicer. Barwy są dość rozbuchane i jaskrawe, ale idealnie dopełniają dzieła, bo znakomicie podkreślają cartoonowość rysunków Macleana. Co istotne nie naśladują mrocznych barw jakie nakładane są na pracę Mignoli, przez co oddzielają twórczość obu panów grubą kreską.

Pozostał jeszcze grudzień, w którym czytelników zaleje prawdziwa fala nowości, więc wiem, że jeszcze nie czas ferować takie wyroki, ale szczerze przyznam, że jak na razie "Head Lopper" jest najlepszym nowym komiksem jaki przeczytałem w tym roku i wątpię czy cokolwiek go przebije. To pozycja świeża, zabawna, szalona, pełna pasji i energii komiksu undergroundowego, a przy tym pulpowa i wpisująca się w ramy gatunkowe charakterystyczne dla głównego nurtu, co czyni z niej dzieło o szerokim targecie. W swojej kategorii to prawdziwe arcydzieło komiksu XXI wieku.

wtorek, 28 listopada 2017

Malutki Lisek i Wielki Dzik. Tom 3. Świt

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach RYMS



Drugi raz przychodzi mi się zetknąć z komiksem stworzonym przez Bernikę Kołomycką. Za pierwszym razem pisałem o albumie narysowanym do scenariusza Marzeny Sowy „Tej nocy dzika paprotka”. Zachwycił mnie wtedy styl Kołomyckiej, i jej pracę doceniłem zdecydowanie bardziej niż tekst Sowy. Tym razem obcowałem z jej w pełni autorskim dokonaniem, albumem z serii „Malutki Lisek i Wielki Dzik”.

Komiks podzielony jest na cztery rozdziały: dzień, zmierzch, noc i świt. Książeczka opowiada o tym, jak nasi bohaterowie podczas wędrówki spotkali na swojej drodze małą, jeszcze nieprzeobrażoną Jętkę. To specyficzny owad spotykany na terenach wodnych. W postaci larwy funkcjonuje nawet kilka lat, ale po wykluciu żyje bardzo krótko, czasem nawet tylko jeden dzień. Lisek i Dzik spotykają Jętkę w przeddzień przeobrażenia, potem owad odlatuje, gdy wraca - umiera. Dzięki metaforze życia tego owada Kołomycka bardzo umiejętnie porusza temat przemijania i śmierci. Bohaterom jest bardzo smutno, gdy Jętka umiera, bo bardzo ją polubili, ale ostatecznie zdają sobie sprawę z tego, że taka jest kolej rzeczy. Dostajemy więc książeczkę prezentującą dość nostalgiczną, mądrą i pouczającą opowieść, którą można polecić nawet małym dzieciom, bowiem Kołomycka nie szarżuje i dba o to, by jej historia była prosta i uniwersalna.



Przygody Liska i Dzika ujęte są w stonowanych, zgaszonych barwach i widać, że włożono w te obrazki wiele serca. W warstwie plastycznej odnajdujemy urzekający malarski styl, a Kołomycka nie skłania się ku realizmowi ani szkole cartoonowej – grafiki te najbardziej przypominają mi rysunki ze starych bajek. Na uwagę zasługują szczególnie mroczniejsze sceny, w których zobrazowano smutek i lęk bohaterów. Posługując się akwarelami autorka znakomicie oddaje atmosferę dzikiej przyrody i zmieniające się pory dnia. Są to jednak dość proste malunki, więc zapewne łatwo dzieciom będzie się utożsamić z takim stylem.


„Malutki Lisek i Wielki Dzik” to już trzeci tom przygód tytułowych bohaterów. Poprzednie części niestety mnie ominęły, nad czym bardzo ubolewam, bo zdecydowanie urzeka mnie to, co Kołomycka serwuje w swoich komiksach. Przygody tytułowych zwierzątek są urocze, nacechowane wielką wrażliwością i uważam, że bardzo dobrze się stało, iż Kołomycka pracuje solo. Mam wrażenie, że sama najlepiej wie, jakie historie chce opowiadać, a narzucanie jej czegoś z góry może ją tylko ograniczać artystycznie.

piątek, 24 listopada 2017

Daredevil: Nieustraszony! tom 1 Bendis, Maleev i Mack

 Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski.



W tym miesiącu do księgarni trafił pierwszy tom długo oczekiwanego w naszym kraju "Daredevila" pisanego przez Briana Michaela Bendisa. To współczesna wersja przygód popularnego, a zaniedbywanego przez polskich wydawców, niewidomego herosa broniącego nowojorskie Hell’s Kitchen przed wszelkiej maści bandytami. Opowieści o Daredevilu nie dotyczą wielkich, spektakularnych kosmicznych bitew o losy wszechświata. Dzieją się głównie na brudnych ulicach i skupiają na walce z gangsterami (zarówno tymi maluczkimi jak i potężnymi bossami) i życiu prywatnym ukrywającego się pod czerwoną maską Matta Murdocka, który z zawodu jest prawnikiem. 

 Tom rozpoczyna się historią o tym, jak zaprzyjaźniony z naszym bohaterem dziennikarz Ben Urich pisze artykuł o pewnym chłopcu, który miał okazję spotkać Daredevila, co znacząco wpłynęło na jego życie. Opowieść ta została genialnie zilustrowana przez Davida Macka. Rysownik sięgnął po bardzo odważne środki i mieszane techniki, przez co szata graficzna tej historii ma wiele wspólnego z malarstwem impresjonistycznym. Komiks jest bardzo dobrze napisany i znakomicie poprowadzony od strony narracyjnej, ale to ilustracje sprawiły, że zostałem po prostu zwalony z nóg i obawiałem się, że dalsza część, narysowana przez innego artystę, nie zrobi na mnie już takiego wrażenia. Na szczęście miło się zawiodłem.  

Mimo iż Alex Maleev operuje zupełnie innym, bardziej przyziemnym i tradycyjnym stylem, to jego realistyczna kreska świetnie sprawdziła się przy bardziej dynamicznych, pełnych akcji scenach, do których malarstwo Macka nijak by pasowało. Co istotne, jego prace idealnie współgrają z komputerowo nałożonymi kolorami – co niestety nie jest normą, bo zazwyczaj takie barwy niszczą, lub mocno degradują jakościowo prace nawet bardzo zdolnych grafików. 



 Po znakomicie napisanych ale nietypowych pierwszych zeszytach, będących jedynie przygrywką przed daniem głównym, historia wraca na bardziej tradycyjne tory. W dalsze części serii opowieść napisana przez Bendisa skupia się już głównie na śmiałku z Hell’s Kitchen. Scenariusz jest jednak starannie spreparowany i pojawiają się tu wszystkie najważniejsze postacie z bogatej mitologii Daredevila. W tle głównej intrygi związanej z Kingpinem znajdują się takie słynne persony jak Bullseye i Elektra. Niemniej są obecne tylko jako wspomnienia i to nie trykociarze są tu najważniejsi, bo fabuła to rasowy kryminał noir mocno nawiązujący do tego co z Daredevilem wiele lat temu uczynił wielki poprzednik Bendisa – Frank Miller. Od porównań z nim żaden scenarzysta pracujący przy tej serii się nie uwolni. Na szczęście opowieść pisana przez Bendisa, mimo iż porusza podobne tematy, nie wypada przy klasyce blado.  
 

Komiks kończy się kolejną, tym razem niezbyt fortunną zmianą rysownika. Grafiką w dwóch zeszytach zajął się Manuel Gutierrez, który prezentuje poziom przeciętnego rzemieślnika. Następnie do akcji, na jedną odsłonę serii, wkracza Terry Dodson, który również odstaje od wysokiego poziomu swoich poprzedników. Niemniej zeszyty te nie są już w stanie popsuć dobrego wrażenia jakie zostaje po lekturze tego tomu.  



Przyznam szczerze, że bardzo się cieszę, że ta seria się w końcu u nas ukazuje, bo przywróciła mi wiarę w komiks super bohaterski. Zamiast siermiężnej pulpy, do której przyzwyczaiły historie o trykociarzach, dostałem twór, który nie tylko umiejętnie pogrywa z tradycją opowieści o Daredevilu, ale i dojrzałe dzieło autorskie, które z powodzeniem mogę określić jednym z najlepszych komiksów jakie przeczytałem w tym roku.

czwartek, 23 listopada 2017

Lux in tenebris - 2 - Wilcza gontyna




IX wiek. Bohaterowie serii Rycerz Wojmir i mnich Jakusz, podążają z grupą zbrojnych w okolice Grodów Czerwieńskich. Mają się tam spotkać z orszakiem księżniczki Dobroniegi, która ma zostać wydana za księcia Kazimierza. Plany zostają pokrzyżowane przez grupę pogan, którzy atakują odział eskortujący białogłowę. Odpowiedzialni za atak, zezwierzęceni, groteskowi ludzie z plemienia Wilkunów mają co do niej pewne plany, więc porywają księżniczkę. Ich śladem ruszają nasi protagoniści. 

„Romowe”, pierwszy tom serii „Lux in Tenebris” nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Nie zachwycał ani pretekstowy, miejscami irytujący (źli poganie, szlachetni i dobrzy chrześcijanie) scenariusz Sławomira Zajączkowskiego, ani rysunki Huberta Czajkowskiego. Między innymi dlatego „Wilcza gontyna”, druga odsłona tej serii, przeleżała na mojej półce dobre dwa lata nim po nią sięgnąłem. Niedawno ukazał się trzeci tom tej historii, przypomniałem sobie więc o tej zaległości i postanowiłem ją nadrobić. 



Stwierdzenie, że jakaś seria „ z czasem się rozkręca” nie jest najfortunniejsze ani dla twórców, ani dla recenzenta. Niemniej w przypadku „Lux in Tenebris” trzeba przyznać, że drugi tom jest napisany znacznie lepiej niż pierwszy. Zajączkowski, autor znany głównie z historycznych komiksów wydawanych przez IPN, nigdy nie stał w grupie twórców którymi jestem zainteresowany, ale tym tomem zyskał moją uwagę. Przede wszystkim, pisząc „Wilczą gontynę” uniknął przykrej sztampy i infantylizmu, który cechował pierwszą odsłonę tej serii. Rozkręcił się, wczuł w realia i stworzył opowieść do głębi emocjonującą, mroczną i pełną dramatyzmu. Co prawda podział na dobrych chrześcijan i złych pogan jest dalej widoczny, ale plemię krwiożerczych Wilkunów zostało wykreowane bardzo przekonująco i faktycznie budzi grozę u czytelnika.

Przyznam się jednak, że po „Lux in Tenebris” nie sięgałem ze względu na scenariusz. Rysownik Hubert Czajkowski jest dla mnie bardzo ważną postacią. To legendarny grafik znany mi z magazynu o grach RPG „Magia I Miecz”, który kształtował moją wrażliwość na sztuki wizualne gdy byłem dzieckiem. Od tego czasu minęły pewnikiem z dwie dekady. Styl Czajkowskiego ewoluował, zmienił się, zdaje się, że powodem jest fakt iż zaczął korzystać przy pracy z komputera. Zmiana warsztatu wymusiła rysowanie grubszą kreską, co zdecydowanie szkodzi i odejmuje uroku jego rysunkom. Mimo iż jego grafiki już mnie tak mocno nie urzekają, to przyznam, że dalej czuję do jego prac sentyment. Tym bardziej smuciło mnie, że w pierwszym tomie nie do końca radził sobie jeszcze z komiksową narracją. Trzeba jednak pamiętać, że Czajkowski za komiks na poważnie wziął się bardzo późno, bo pierwszy tom „Lux in Tenebris” był jego albumowym debiutem– ilustrowanie książek i artykułów to wszak inna para kaloszy, a przez lata tym się głównie zajmował. Czytając „Wilczą gontynę” odczułem, że rysownik dokonał sporego progresu i coraz lepiej zaczął rozumieć język komiksu. Co więcej, turpistyczne, ekspresyjne rysunki świetnie zgrały się ze scenariuszem Zajączkowskiego, opisującym brudne, mroczne średniowiecze. 



„Lux in Tenebris” nie jest wybitną serią, ale drugi tom udowadnia, że ma potencjał by stanąć w szranki z frankofońskimi czytadłami tego typu. Odbiorcom pozostaje jedynie trzymać kciuki i liczyć na tendencję zwyżkową w kondycji obu twórców. Oby tylko wiatr dostatecznie mocno wiał w ich żagle.

środa, 8 listopada 2017

Gnat Tom 2

Tekst pierwotnie ukazał się na Wirtualnej Polsce

 

Mimo iż ostatnio na naszym rynku ukazuje się dużo komiksów, to dalej mamy zaległości z kanonu. Do niedawna taką pozycją był słynny, obsypywany nagrodami "Gnat" Jeffa Smitha. Teraz, dzięki Egmontowi wszyscy możemy przekonać się na własnej skórze, ile wart jest ten słynny komiks. Do księgarni trafił właśnie drugi, opasły tom tej iście epickiej opowieści.

  Świat wykreowany przez Smitha początkowo jest bardziej bajkowy i nawiązuje do kaczych komiksów Disneya i słynnej w anglosaskiej kulturze serii pasków Walta Kellyego "Pogo". Jednak z każdym tomem przeistacza się coraz bardziej w mroczne fantasy czerpiące zarówno z "Władcy pierścieni" Tolkiena jak i "Opowieści z Ziemiomorza" Ursuli K. Le Guin. Co prawda to dalej znakomita opowieść, ale szczerze powiem, że mi bardziej podobał się bajkowy, kreskówkowy wymiar tej historii. Niemniej czytelnicy zakochani w dziełach fantasy nie powinni mieć z tym problemu – no chyba, że będzie przeszkadzała im wtórność, ale zapewniam, że "Gnat", mimo zapożyczeń fabularnych, to bardzo oryginalny komiks.  



W dziele Smitha pojawiają się dwa rodzaje bohaterów. Pierwsze, tytułowe gnaty, narysowane są bardzo cartoonową kreską, przypominając tym samym postacie ze starych kreskówek. Drugie, typowo ludzkie, narysowane są semirealistycznym stylem. Te pierwsze są głównie odpowiedzialne za humor sytuacyjny, te drugie pchają do przodu akcję przygodową. Obie warstwy bardzo dobrze ze sobą współgrają i przenikają się, sprawiając, że od strony plastycznej i fabularnej "Gnat" jest dziełem niepowtarzalnym. 

Zanim Smith zajął się na poważnie komiksem, pracował w małej firmie produkującej animowane filmy reklamowe. Bardzo odbija się to na jego warsztacie i w najlepszych rysunkowo miejscach "Gnata" mamy wrażenie obcowania – szczególnie mimika bohaterów – z czymś co naśladuje starą szkołę Disnejowskiej animacji. 


Oryginalnie komiks ukazywał się w czerni i bieli. My dostajemy wersję koloryzowaną. Czytałem już kiedyś ten komiks w oryginale i muszę przyznać, że z nałożonymi barwami wygląda obłędnie i mogę tylko chwalić wydanie Egmontu. Podobnie sprawa ma się z polskim, znakomitym tłumaczeniem, w którym zlokalizowano wszystkie specyficzne dla tej serii niuanse językowe, w tym przełożono oryginalne "Bone" jako swojsko brzmiący "Gnat".  

Być może nie wszyscy dorośli przyjmą "Gnata" z otwartymi rękami, jednak pozostaje jeszcze drugi target tego dzieła: dzieci. One oszaleją na jego punkcie i zapewniam, że na rynku obecnie trudno szukać lepszej pozycji dla najmłodszych. A to, że rodzic może (a nawet powinien!) podkraść sobie ten tom z dziecięcej półki bardzo dobrze świadczy o tym komiksie.

poniedziałek, 23 października 2017

Kaznodzieja tom 2

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski. 

 

Na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi Egmont otrzymał statuetkę w kategorii wydawnictwa roku. Bardzo słusznie, bo od dłuższego czasu oficyna rozpieszcza czytelników. Katalog Egmontu poszerza się cały czas o nowe, znakomite komiksy, a do tego dbają by do księgarni trafiały wznowienia dawno wyczerpanych pozycji, które stają się ukoronowaniem ich oferty. Takim tytułem jest właśnie "Kaznodzieja". 

W niebie źle się dzieje. Pewnego dnia Bóg po prostu odszedł. Zszedł na ziemię, oddalił się w niewiadomym kierunku i ślad po nim zaginął, przy czym zostawił w Królestwie niebieskim niezły syf. Powodem jego odejścia było najprawdopodobniej pojawienie się przedziwnego tworu, narodzonego po romansie anioła z demonem - Genezis. Istota ta z hukiem spadła na ziemię i ukryła się w ciele pewnego kaznodziei z małego teksańskiego miasteczka, tym samym dając mu boską moc. Ów duchowny, Jesse Custer wraz ze swoją byłą dziewczyną Tulip i irlandzkim wampirem Cassidym, wyruszają na poszukiwanie Stwórcy. Przyświeca im jeden cel: złapać Boga za jaja i zadać mu kilka istotnych pytań.  



Trzeba przyznać, że "Kaznodzieja" to bardzo wciągająca opowieść, ale przy tym ze wszech miar obrazoburcza i ostra jak papryczka chilli. Zresztą to kulinarne porównanie wydaje mi się bardzo trafne, bo komiks ten tak jak pikantne dania - nie jest dla każdego. Ennis mocno pogrywa sobie z religią chrześcijańską, nie szczędzi czytelnikowi wulgarnego języka i obrazoburczych scen. Odważnie miesza gatunki: od komedii, opowieści drogi przez horror, kryminał a nawet western. Główni bohaterowie, mimo iż kierują się pewnym kodeksem honorowym, na pewno nie są święci, a tytułowy kaznodzieja nosi koloratkę już tylko dla picu. Wszyscy piją i klną jak szewcy. Z drugiej jednak strony, trudno nie uznać ich za sympatycznych. Być może Ennis ma na sumieniu jakieś wpadki, a scenariusz nie jest wybitny, ale dzięki mistrzowsko napisanym dialogom i znakomicie zarysowanym postaciom udaje mu się zainteresować czytelnika na tyle, że trudno oderwać się od lektury.  

Stroną graficzną zajął się zmarły niedawno Steve Dillon. Daleko temu twórcy do prawdziwych mistrzów komiksu, ale trzeba przyznać, że był bardzo sprawnym narratorem. Jego grafiki, szczególnie twarze, wyglądają jak rysowane od jednego szablonu, ale oprócz tego trudno się do niego przyczepić, bo prezentuje tu kawałek sprawnego rzemiosła. Zresztą "Kaznodzieja" to już pozycja klasyczna, i trudno wyobrazić sobie, że mógłby go ilustrować ktoś inny niż Dillon. Równie słynne są hiperrealistyczne okładki zdobiące poszczególne zeszyty, które na potrzeby serii stworzył znakomity brytyjski grafik Glenn Fabry.  

Dla mnie Ennis nie jest wielkim scenarzystą i nie polecałbym wielu stworzonych przez niego tytułów, ale jeśli chcecie sprawdzić, skąd wziął się kult tego słynnego Irlandczyka, sięgnijcie po „Kaznodzieje”. To jego opus magnum, w którym wyprztykał się niemal ze wszystkich sztuczek które trzymał w zanadrzu. Złośliwi powiedzieliby, że tak jak Metallica skończyła się na "Kill 'Em All" tak Ennis na "Kaznodziei".

wtorek, 10 października 2017

Punisher - MAX #2

Tekst pierwotnie ukazał się na Wirtualnej Polsce

Miłośnicy Gartha Ennisa nie mogą narzekać, gdyż scenarzysta znów stał się oczkiem w głowie polskich wydawców. Planeta Komiksów ma w swojej ofercie słynnych "Chłopców" jego autorstwa, natomiast Egmont wznawia obrazoburczego "Kaznodzieję" i wydaje flagowy tytuł z marvelowskiego imprintu MAX – krwawego jak dobry befsztyk "Punishera". 

 Opisywany, gruby i pięknie wydany tom zawiera dwie dłuższe historie: "Mateczka Rosja" i "Góra jest dołem, a czarne jest białe". W pierwszej ożywione zostają zimnowojenne lęki zachodu, a sam Punisher, za sprawą Nicka Fury’ego ląduje w Rosji, gdzie będzie musiał ocalić i sprowadzić do Stanów pewną małą dziewczynkę. W drugiej, zdecydowanie bardziej brutalnej i przebojowej opowieści, w drogę Frankowi Castle’owi wejdzie młody i zarazem niezwykle zwyrodniały boss mafijny Nicky Cavella. W tej opowieści Ennis pokazał się ze swojej najlepszej strony i barwnie opisał brawurowe dojście bezwzględnego bandziora na szczyt.  



Znając dorobek słynnego Irlandczyka, nie sposób nie dostrzec, że pisząc przygody Punishera Ennis jest powściągliwy; powstrzymuje się od epatowania swoim rubasznym humorem. To komiks mroczny i osadzony w konwencji sensacyjnej, a nie szalona, wulgarna komedia. Wszystko jest tu napisane na poważnie i niemal pozbawione charakterystycznej dla twórczości Ennisa groteski. I bardzo dobrze, bo o ile szalone wygłupy pasują do jego autorskich komiksów, to w tym wypadku byłyby nie na miejscu. Sprawia to, że czytając "Punisher MAX" czułem się, jakbym oglądał dobry, klasyczny film sensacyjny. 

  Ilustracjami do opisywanych tomów zajęli się dwaj dobrzy rzemieślnicy: Doug Braithwhite i Leonardo Fernandez. Obydwaj prezentują przyzwoity poziom, a ich prace całkiem nieźle zgrywają się z komputerowo nałożonymi kolorami, jednak w ogólnym rozrachunku lepiej wypada ten pierwszy. Szczegółowa, dynamiczna i realistyczna kreska Braithwhite’a przypomina mi nieco prace Joe Kuberta, bodaj najlepszego rysownika, któremu przyszło kiedykolwiek ilustrować przygody Punishera.  



Mimo iż nie jestem odbiorcą lubującym się w mainstremowych komiksach, to czytając drugi tom "Punisher Max" ubawiłem się jak prosię. To w swojej kategorii piekielnie dobry album, a podczas lektury poczułem to samo, co czułem jako dzieciak, zagłębiając się w klasyczne pozycje o przygodach Franka Castle’a ("Eurohit", "Suicide Run"). Co prawda nie czytam wszystkich pozycji głównego nurtu, które się obecnie ukazują – bo w nich nie gustuję – ale wątpię, czy obecnie na rynku jest coś lepszego niż seria pisana przez Ennisa.

wtorek, 26 września 2017

Corto Maltese tom 3. Zawsze trochę dalej

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski



Wydawnictwo Egmont zdecydowało się przejąć od dawna niekontynuowaną przez oficynę Post serię Corto Maltese. To jedna z lepszych nowin komiksowych tego roku, bo przygody tego słynnego marynarza i awanturnika to prawdziwa klasyka komiksu, której bardzo brakowało na naszym rynku. Seria wystartowała od początku – Post nie zachowywał kolejności i wypuścił kilka opowieści na chybił trafił – a do rąk dostaniemy albumy koloryzowane – poprzedni wydawca prezentował serię w oryginalnej, czarno-białej formie. W rytm bębnów dzikich plemion. 

  Do księgarń trafił właśnie trzeci tom, w którym znajdziemy pięć krótkich opowieści rozgrywających się w 1917 r. na dzikich terenach Ameryki Południowej i Ameryki Środkowej. Nasz nieustraszony podróżnik będzie między innymi śnił o zdobywaniu legendarnego Eldorado, wplącze się w rewolucję w republice bananowej, da nauczkę pewnemu handlarzowi niewolników i zetknie z kultem voodoo. Wszystko to wybrzmi w rytm bębnów dzikich plemion, które przewijają się przez ten album kilkakrotnie. 

  Pierwsze opowieści o Corto Maltese pochodzą z przełomu lat 60 i 70. Teoretycznie więc powinny trącić myszką, ale okazuje się, że są tak znakomicie narysowane i napisane, że nie mamy poczucia obcowania z ramotą, a z publikacji Postu wiem, że im dalsze albumy, tym lepsze (np. wspaniały, utrzymany w poetyce realizmu magicznego odcinek "Bajka Wenecka"). Niemniej, już od pierwszych części świat Corto Maltese tętni życiem, i jest pełen bardzo mięsiście i charakternie napisanych bohaterów – co znamienne również autentycznych, bo Pratt lubi się bawić w wikłanie w swoje opowieści prawdziwych historycznych postaci.  Wczesne przygody Corto, nawet jeśli bywają nieco pretekstowe i banalne, urozmaicone są świetnymi dialogami i znakomitymi ilustracjami Pratta. Jego rysunek jest realistyczny, ale trzyma się z dala od typowej frankofońskiej estetyki i jest naznaczony jego własnym, unikalnym stylem. Pratt swoje plansze rysuje grubą, od razu rozpoznawalną, toporną i zarazem ekspresyjną kreską, mocno naznaczając wszelkie cienie. 

Żeby nie było tak słodko: minusem nowego wydania są na pewno wtórnie nałożone kolory. Nie to, żeby były szczególnie szkaradne, ale rysunek Pratta ich naprawdę nie potrzebuje i najlepiej sprawdza się sauté. 

  Lektura wydanych przez Egmont tomów przypomniała mi jak kanoniczną serią jest Corto. Wyraźnie widać, że komiks ten odcisnął piętno na wielu znamienitych twórcach. Najwięcej wpływów Pratta możemy szukać w stylu rysunków Franka Millera i Mike’a Mignoli, który zresztą w "Hellboyu" dość otwarcie nawiązywał do Corto Maltese, czyniąc Rasputina - podobnie jak Pratt - jednym z bohaterów swojej opowieści.

piątek, 8 września 2017

Legendy naszych czasów - Bilal i Christin

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski



Do księgarń trafiło właśnie piękne (format większy od A4) wznowienie "Legend naszych czasów". Album ten to pierwsze spotkanie na stopie artystycznej dwóch gigantów komiksu europejskiego: Enki Bilala autora kultowej "Trylogii Nikopola" i Pierre'a Christina, scenarzysty znanego z klasycznej serii o przygodach Valeriana. 

 Tytułowe "Legendy naszych czasów" to trzy historie luźno połączone ze sobą postacią tajemniczego białowłosego człowieka. Jednak nie da się w tym komiksie wskazać konkretnego bohatera, bo każda opowieść koncentruje się na opisywaniu wydarzeń w które wplątują się małe społeczności, i mimo iż w każdej występują wątki fantastyczne, to trudno zestawiać je z archetypowymi utworami tego typu. To dzieło kontestujące, powstałe w latach 70., będące pocztówką obrazującą nastroje społeczne panujące w tamtym okresie. Głównymi wątkami tych historii jest zetknięcie szarego człowieka z trudną do zatrzymania, potężną biurokratyczną machiną. Antagonistami tych opowieści nie są zwykli złoczyńcy a rząd, firmy i wojsko przedstawiane jako instytucje nieczułe na krzywdę społeczeństwa i skupione tylko na własnym interesie. Z tematyką kontrastuje tylko trzecia opowieść, w której spadkobierczyni przemysłowej fortuny tworzy utopijne, samowystarczalne miasto. Wydźwięk tej historii jest jednak równie gorzki co pozostałych. 



Autor rysunków do "Legedn naszych czasów", Enki Bilal uznawany jest dziś (całkiem słusznie) za mistrza komiksu realistycznego, więc od strony plastycznej album ten prezentuje się znakomicie. Niemniej nie jest to jeszcze jego tour de force, i mimo iż już widać w nim wyraźne zalążki jego rozpoznawalnego stylu, to daleko im do tego co zaprezentował w słynnej "Trylogii Nikopola". Również w warstwie kolorystycznej brak charakterystycznych dla tego twórcy pastelowych barw i mieszania technik, które sprawiają, że jego kadry zamieniają się w efektowne dzieła sztuki.

"Legendy naszych czasów" nie są dziełem wybitnym, ale przedstawiają dużą wartość historyczną, gdyż ukazują to, jak ówczesny francuski komiks angażował się w sprawy społeczno-polityczne i jak odważnie kontestował w głównym nurcie. Być może nie poleciłbym tej pozycji przypadkowemu odbiorcy, ale każdy żywo zainteresowany historią opowieści obrazkowych powinien przeczytać ten album. Po komiks ten powinni również sięgnąć wszyscy zachwycający się twórczością Bilala, choćby po to, by prześledzić rozwój jego stylu. Tych zapewne nie muszę jednak zachęcać, bo pewnie dawno mają już ten album na swojej półce.


wtorek, 1 sierpnia 2017

Zdobywcy Troy

Tekst pierwotnie ukazał się na Wirtualnej Polsce



Tytułowa Troy to bardzo specyficzna planeta. Panuje na niej magiczna aura, która powoduje u zamieszkałych ją istot rozwój niezwykłych, magicznych umiejętności. Fakt ten wykorzystuje wszechmocne Konsorcjum Kwiatów, które zsyła na planetę przymusowych kolonistów, by ci rozwijali w sobie nadprzyrodzone zdolności, mające być wykorzystane ku chwale organizacji. Sceneria planety Troy przypomina jednak bardziej nasze średniowieczne legendy niż typowe science fiction. Żyją tu bowiem smoki, trolle i inne cudowne stworzenia. Wypada więc mówić o tym komiksie jako o fantasy, a nie opowieści futurystycznej, choć drobne elementy science fiction się tu pojawiają.  

Nasi bohaterowie to nastoletnie rodzeństwo, dziewczyna Tabula i chłopak Rasan. Są jednymi z przymusowych osiedleńców. Na planetę zostali zesłani wraz z rodzicami, ale rozdzielono ich przy lądowaniu, przez co dzielą ich tysiące kilometrów. Bohaterowie ruszają więc na poszukiwanie rodzicieli, przemierzając i poznając magiczną krainę, a przypadek sprawia, że przy okazji wtrącają się w wielką intrygę która dotyczy panowania nad planetą. Ot, kolejne fantasy opowiadające o szarakach zmuszonych przez los do ratowania świata.  



Strona graficzna i fabularna „Zdobywców Troy” nie zachwycają. Co prawda rysunki Ciro Toty to sprawna, dynamiczna, realistyczna kreska która zdecydowanie nadaje się do opowiadania historii fantasy, a scenariusz Christophe Arlestona nie jest szczególnie zły, ale ostatecznie przykra przeciętność to jedyne co album ten ma do zaoferowania. Nikt tu nie bawił się w komiks artystyczny i nie miał zamiaru zachwycać czytelnika. To ogólnie dużo mówi o specyfice tego dzieła, bo jego największym problemem jest właśnie beznamiętność, która objawia się w scenariuszu i rysunkach. To typowy średniak o którym zapomina się tuż po przeczytaniu.  

Opowieść o Troy nie jest koszmarnie złym komiksem, ale pomimo oryginalnego pomysłu na przedstawiony w nim świat nie wyróżnia się niczym spośród setek innych opowieści fantasy. Nie ma więc szans na to, by historia ta wywołała w wyrobionym czytelniku jakieś większe emocje. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że zapewne autorzy nie chcieli tworzyć niczego ponad czytadło fantasy, ale polski rynek przyzwyczaił nas do znacznie lepszych, bardziej charakternych („Kryształowy Miecz”, „Hugo”, „Slaine”, wybitny „Szninkiel”) wydawnictw w tym gatunku.


czwartek, 27 lipca 2017

Bajka na końcu świata - Marcin Podolec

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach portalu o książkach dla dzieci i młodzieży RYMS


Niezwykle uzdolniony Marcin Podolec, mimo młodego wieku ma już na koncie całą stertę powieści graficznych. Zazwyczaj zajmował się komiksem obyczajowym kierowanym do dojrzałego odbiorcy. Teraz przyszła kolej na opowieść dla dzieci. Do księgarni trafił właśnie pierwszy tom przeznaczonej dla młodego czytelnika serii „Bajka na końcu świata”.  

Autor ma przede wszystkim znakomity pomysł na swój komiks. To opowieść dla dzieci, ale została osadzona w konwencji postapokaliptycznej. Dziewczynka Wiktoria i jej piesek Bajka przemierzają zniszczone przez nieokreślony kataklizm piaszczyste krajobrazy. Szukając rodziców małej, przeżywają przygody. To pomysł prawdopodobnie zaczerpnięty z klasycznego postapokaliptycznego filmu „Chłopiec i jego pies”, ale podany jest na tyle oryginalnie, że nie odczuwamy wtórności tej historii. Zresztą, to zdaje się pierwsza taka opowieść kierowana bezpośrednio do dzieci. Przynajmniej ja nie przypominam sobie, bym zetknął się z czymś podobnym.  



Podolec jest twórcą nowego pokolenia. Jego dorobek komiksowy wskazuje na to, że nie jest wychowany na dziełach realistycznych klasyków i nie bije pokłonów starej gwardii mistrzów. Jego twórczość jest osadzona w estetyce cartoonu, a narracyjnie bliska jest współczesnym autorom powieści graficznej. Jest bardzo oszczędny w środkach, dzięki czemu opowiada mu się bardzo szybko i sprawnie. Jednak rysując „Bajkę na końcu świata” zmienił nieco styl, dostosowując się do młodego odbiorcy – więcej uwagi poświęcił tłom i nałożył na swoje prace bardzo atrakcyjne kolory.  

Największym minusem „Bajki na końcu świata” jest jej objętość. Warto sięgnąć po ten komiks, ale trzeba wiedzieć, że kilkadziesiąt stron to zdecydowanie za mało, by rozkochać się w przygodach młodej damy i jej pieska. Historia nie ma okazji porządnie się rozpędzić, więc nie mam powodu do chwalenia jej. Jest co prawda obiecująca, ale to wszystko, co mogę o niej na dzień dzisiejszy napisać – po lekturze czuję się tak, jakbym dostał tylko znakomity pomysł, a nie rozbudowaną, pełnokrwistą opowieść. Mogę chwalić ilustracje i narracje Podolca, ale nie wiem jeszcze, czy „Bajka na końcu świata” chwyci mnie za serce. Dlatego pozostaje mi czekać w stanie lekkiego zniecierpliwienia na drugi tom tej historii. Nie muszę chyba dodawać, że to samo poczują po lekturze Wasze dzieci.

Hasib i królowa węży - David B.

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski


Autor wybitnych „Rycerzy Świętego Wita” i współzałożyciel słynnego wydawnictwa L'Association, David B. jest jedną z najważniejszych postaci światowego komiksu. To twórca wielokrotnie nagradzany i bardzo wpływowy, którego dziś na całym świecie podrabia cała masa artystów tworzących powieści graficzne. W Polsce jego prace od wielu lat wydaje Kultura Gniewu, która obecnie zaprezentowała nam jego najnowszy komiks.  

Album „Hasib i królowa węży” oparty jest o fragmenty „Księgi tysiąca i jednej nocy”. Scenariusz ma więc konstrukcję szkatułkową. Tytułowa historia jest dla Szeherezady zaledwie punktem wyjścia dla następnych, pomniejszych i pointą domykającą klamrę fabularną, gdyż opowieść na końcu łączy się w całość wracając do wątku o Hasibie i niczym mityczny wąż uroboros połyka swój ogon.  Bardziej niż sama historia – mimo iż ta została opowiedziana znakomicie – ważna jest tu jednak forma w jakiej David B. podaje treść, która jest tylko pretekstem do snucia graficznej narracji. Dostajemy więc graficzny majstersztyk, będący przy okazji znakomitym nawiązaniem do idei „Księgi tysiąca i jednej nocy”, bo tu nie jest istotne to co się opowiada. Ważny jest sam akt opowiadania.



Amerykanie mają dobre określenie na to co zostało nam tu zaserwowane: „instant classic”, czyli coś co od razu staje się klasykiem. Tak też jest w tym przypadku, bo dostajemy utwór w którym poetyka starych grafik zostaje znakomicie przefiltrowana przez komiksową wrażliwość jednego ze współczesnych klasyków narracji wizualnej. Z pozoru narysowana jest w prosty, charakterystyczny dla tego autora sposób, i osadzona w estetyce którą najłatwiej przyrównać do cartoonu, przy czym znakomicie koresponduje z ilustracjami jakie można znaleźć w „Księdze tysiąca i jednej nocy”. Również kolorystyka ma za zadanie naśladować grafiki które zdobią literacki odpowiednik opowieści Szeherezady.

Mimo iż „Hasib i Królowa Węży” jest na każdym poziomie dziełem znakomitym, nie jest komiksem który przyprawił mnie o szybsze bicie serca. To dlatego, że śledzę twórczość Francuza i wszystko co o tym komiksie napisałem wiedziałem w gruncie rzeczy, nim otworzyłem jego okładki. David B. swoje opus magnum („Rycerze Świętego Wita”) ma już za sobą, i teraz nie schodzi poniżej wyznaczonego wcześniej wysokiego poziomu. Fakt, że autor nie zaskakuje, i dostajemy dzieło, o którym jeszcze przed lekturą wiemy, że będzie skrojone na miarę, pozostaje jedynym poważnym problemem tego albumu. Albumu który jest jednym z najlepszych komiksów które ukazały się w tym roku w naszym kraju.


poniedziałek, 10 lipca 2017

Lone Sloane - Philippe Druillet

Pierwotnie tekst ukazał się na łamach Wirtualnej Polski

Tytułowy Lone Sloane jest bohaterem wyjętym z kart innego komiksu Philippe Druilleta - z epickiej trylogii "Salambo" mieszającej wątki z osadzonej w starożytności powieści Gustave Flauberta ze stylistyką sience fiction. To gwiezdny pirat i awanturnik, któremu nie straszne żadne kosmiczne bitwy i niebezpieczeństwa. W "Salambo" był jedną z wielu postaci wokół których zbudowana była fabuła, jednak Druillet polubił go na tyle, że po zakończeniu pracy nad trylogią postanowił poświęcić mu całą serię komiksów. 

Na niniejszy album składa się kilka historii – sześć krótkich i dwie dłuższe – które napisali zaproszeni przez autora scenarzyści. Nie będę jednak rozwodził się nad ich treścią, bo prawda jest taka że w komiksach Druilleta fabuła nie jest aż tak istotna jak forma. Czytając jego opowieści stykamy się z niezwykle rozbuchaną kompozycją plansz, jak i całostronicowymi obrazami będącymi niczym innym niż dziełami sztuki, które z powodzeniem moglibyśmy wyjąć z komiksu i powiesić na ścianie galerii. Gęsto zarysowane karty często przedstawiają wielkie kosmiczne bitwy, futurystyczne budowle i gwiezdne pojazdy. Rysując ten tom przygód Lone Sloane, Druillet nie wahał się też dosłownie cytować klasyków grafiki, bo znajdziemy tu bardzo wyraźne zapożyczenia z twórczości M. C. Eschera. Komponując swoje efektowne plansze, chętnie sięga też do spuścizny artystów secesyjnych.

 Mimo iż Druillet jest znakomitym narratorem graficznym, tworząc swoje słynne "Salambo" poległ pod rozbuchaną, kwiecistą prozą Flauberta – poszedł na skróty korzystając ze zbyt dużej ilości tekstu przy opisywaniu końcowych bitw. Na szczęście uczył się na błędach, i w tym tomie nie ma już takiego nawału warstwy literackiej. Tekstu jest sporo, ale to już nie proza opisująca zdarzenia, a typowe komiksowe komunikaty uzupełniające fantastycznie skomponowane plansze. Widać, że praca ze scenarzystami wpłynęła bardzo korzystnie na myślenie Druilleta o narracji obrazem, a w konsekwencji na jakość jego twórczości.

 Pierwotnie komiks ten (prócz ostatniej zamieszczonej w tym zbiorze opowieści, która powstała między 1986 a 2010 rokiem) publikowany był w pierwszej połowie lat 70. Wtedy był futurystyczny i nowoczesny. Dziś odbiera się go jako dzieło retro. Patrząc na rysunki Druilleta jestem zachwycony, jednak zagłębiając się w lekturze nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dostaliśmy "Lone Sloane" o kilka dekad za późno. By w pełni go docenić warto mieć w pamięci, że czytamy komiks na wielu poziomach przełomowy i ważny dla rozwoju gatunku, który niestety został nadgryziony zębem czasu. Niemniej, przy odrobinie dobrej woli ze strony czytelnika świat Loane Sloane dalej może oczarować, a już na pewno zrobią to grafiki Druilleta bo te – zapewniam - potrafią zaprzeć dech w piersiach.


sobota, 1 lipca 2017

Czarna Wdowa - powrót do domu




Niedawno pisałem o flagowej kobiecej postaci z uniwersum DC: Wonder Woman. Teraz przyszło mi zajrzeć do komiksu o babeczce z Marvela - słynnej Czarnej Wdowie, którą wcześniej znałem tylko  z kreacji Scarlett Johansson w filmach o Kapitanie Ameryce i Avengersach. 

Tom zawiera dwie powiązane ze sobą historie, napisane przez Richarda K. Morgana. Pierwsza, „Powrót do domu” to typowa szpiegowska opowieść w której „Czarna Wdowa”, będąca już na emeryturze (przed czterdziestką SIC!), będzie musiała zmierzyć się z faktem, że nie umknie przed własną burzliwą przeszłością. To poprawnie napisana, ale też sztampowa i nudnawa historia. Niemniej muszę też przyznać, że nie jestem miłośnikiem opowieści szpiegowskich, więc może dlatego się z nią mijam.  W drugiej historii zatytułowanej „Czego to o niej nie mówią” Czarna Wdowa wchodzi w szranki ze zorganizowaną przestępczością i wszechmocnymi korporacjami. To komiks usytuowany bliżej konwencji sensacyjnej, a do tego gościnnie występuje w niej mój ulubieniec Daredevil.  Opowieść ta wypada znacznie lepiej od pierwszej. Widać, że Richard K. Morgan rozkręcił się i złapał wiatr w żagle, tym samym kierując historię na właściwe tory. 



W „Czarnej Wdowie” mamy prawdziwą paradę znakomitych grafików. Rysunki robili tu Bill Sienkiewicz, Goran Parlov i Sean Phillips. Niestety grafiki Sienkiewicza nie pasują do komputerowo nakładanych kolorów. Jego talent i potencjał został całkowicie zmarnowany. Znając prace tego rysownika i patrząc na to co im zrobiono, nie przychodzi mi na język inne słowo niż „wandalizm”, i nasuwa się refleksja, że cyfrowe kolory to najgorsza rzecz jaka spotkała komercyjny przemysł komiksowy. Goran Parlov swoimi grafikami nie wychodzi ponad przeciętność. Najlepiej prezentują się prace Seana Phillipsa, którego rysunki zazwyczaj świetnie wypadają z digitalizowanymi kolorami. 

Sięgając po „Czarną Wdowę” nie miałem wygórowanych oczekiwań. Liczyłem na dobry sensacyjny komiks na nadchodzące wakacje. Efekt zadowolenia z lektury wywołała tylko druga część albumu. W ogólnym rozrachunku jest to jednak całkiem przyzwoicie zrobione czytadło. Niemniej muszę przyznać, że nie czuję mięty do Czarnej Wdowy, a przecież super groźna, śmiercionośna laska-szpieg to kobitka w moim typie.


czwartek, 22 czerwca 2017

Kaznodzieja - Garth Ennis i Steve Dillon

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski.


Garth Ennis to kultowy scenarzysta pochodzący z Irlandii. Swój status zawdzięcza głównie legendarnej serii "Kaznodzieja" - na sklepowe półki właśnie trafiło drugie wydanie tego komiksu. Opasłe tomiszcza zostaną opatrzone twardą oprawą i będą zawierały po kilka tomów serii. Popularność ponad 20-letniego komiksu rozbudził na nowo serial stacji AMC, który w lipcu ruszy z drugim sezonem. I choć pierwsze odcinki zbierały pozytywne recenzje, to nie da się ukryć, że komiksowy pierwowzór nie ma sobie równych.  

W niebie mają spory problem. Po pewnym mezaliansie - romansie demona i anioła - Bóg z niewiadomych przyczyn porzucił swoje stanowisko. Odszedł, zniknął, poszedł w cholerę. Prawdopodobnie ma to związek z tym, że ten dziwny związek zrodził potężny twór zwany Genesis, który skierował się na Ziemię i ukrył w ciele młodego kaznodziei Jessego Custera. Naznaczony przez nieznaną siłę ksiądz odkrywa w sobie boską moc i rusza w drogę przez Stany Zjednoczone w poszukiwaniu Wszechmogącego, któremu ma do zadania parę pytań.  Towarzyszy mu jego była dziewczyna Tulip i irlandzki wampir Cassidy, barwne duo, które gwarantuje, że zarówno Wielebny jak i czytelnik nie będą się nudzili w trakcie tej podróży.  



Pisząc "Kaznodzieję" Ennis przeskakuje między gatunkami, serwując nam opowieść drogi, western, urban fantasy, horror, a nawet romans. Wszystko doprawia dużą dawką przemocy i poczuciem humoru, z którego słynie: jest wulgarny i bardzo groteskowy. Szydzi z wszystkiego, co nawinie mu się pod rękę, nie oszczędzając przy tym religii. Właściwie to nad nią szczególnie się znęca, ostrzegam więc, że  to dzieło ze wszech miar obrazoburcze. Jeśli więc macie uczucia religijne, to niestety na czas lektury "Kaznodziei" musicie je schować głęboko do kieszeni.

  Ennis nie jest wybitnym scenarzystą. Prawdą jest, że ma niebywałe ucho do dialogów, ale czasem zdarza mu się pisać fabuły poniżej przyzwoitego poziomu. Często się powtarza i robi te same głupie miny. Jednak seria "Kaznodzieja" jest faktycznie bardzo dobra. Szczególnie, gdy nie czytało się jego innych komiksów - moim zdaniem właśnie od niej powinno się zaczynać przygodę z tym szalonym Irlandczykiem. Pisząc "Kaznodzieję" Ennis puścił się poręczy i zaserwował pełen wachlarz pomysłów, z których korzystał zarówno w swoich wcześniejszych jak i późniejszych komiksach.

  

Za warstwę plastyczną serii odpowiada zmarły niedawno rysownik Steve Dillon.  Można nie lubić jego kreski. Złośliwie można stwierdzić nawet, że powtarza się jeszcze częściej niż Ennis, bo twarze jego postaci są bardzo podobne. Niemniej bez jego rysunków "Kaznodzieja" nie byłby tym, czym jest. To już klasyczna seria i naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, jak wyglądałby ten komiks bez Dillona.  Jego realistyczny, nieco kreskówkowy styl idealnie uzupełnił groteskową fabułę napisaną przez Ennisa. Zresztą panowie chyba bardzo lubili ze sobą współpracować, bo na polu zawodowym spotykali się wiele razy: między innymi na łamach "Punishera" i "Hellblazera".   

Wznowienie tej od lat wyprzedanej serii (na rynku wtórnym albumy "Kaznodziei" osiągały dotychczas wyjątkowo wysokie kwoty), to strzał w dziesiątkę. Przez lata zebrała się duża grupa odbiorców, którzy słyszeli wszystkie peany pochwalne na jej temat, ale nie dane im było jej przeczytać ze względu na zaporową cenę. Teraz każdy na własnej skórze może się przekonać, ile wart jest "Kaznodzieja"

środa, 21 czerwca 2017

Klatki - Dave McKean

 Teks pierwotnie ukazał się na łamach Wirtualnej Polski.

Dave McKean, najbardziej znany jest z rysunków do słynnego „Azylu Arkham” Granta Morrisona, i niesamowitych, artystycznych okładek do serii „Sandman” Neila Gaimana, ale tworzy też swoje autorskie komiksy. Najsłynniejszy z nich, „Klatki” możemy w końcu przeczytać po polsku.

Opowieść zaczyna się gdy pewien malarz wprowadza się do starej kamienicy. Tak się składa, że zasiedlają ją głównie artyści, a przynajmniej właśnie te indywidualności bliżej poznajemy. Jest też pewien kot który wchodzi w drogę każdej z tych postaci. Na początku tylko słucha i milczy, ale czuć, że jego pojawienie się to strzelba Czechowa, i w końcu futrzak odegra jakąś ważną rolę.



Autor określa „Klatki” jako swoje tour de force i pierwsze w pełni autorskie dokonanie. Efekt frustracji pracowania w komercyjnym przemyśle komiksowym w którym, mimo iż miał pełną wolność artystyczną, nie czuł się do końca szczery, bo opowiadał o nierealnych przygodach odzianych w trykoty superbohaterów. Dostajemy do rąk dzieło iście monumentalne. Ponad 500 stron pełnokrwistej powieści graficznej. Gdy trzyma się w rękach ten ciężki album, nie trudno poczuć się przytłoczonym. Nadchodząca lektura może tylko pogłębić to uczucie. Bowiem Klatki nie są dziełem rozrywkowym, i nie niosą czytelnikowi żadnego ukojenia. Sam McKean wskazuje na podobieństwa swojego komiksu do prozy Franza Kafki, ja do listy dorzuciłbym śmiało ponure opowiadania mistrza groteski i grozy Thomasa Ligottiego. Postacie McKena błądzą w mroku, nie umiejąc – motyw pojawiający się w tej opowieści kilkakrotnie – zapalić symbolicznego światła, które wskazało by jakiś kierunek ich życiu. McKean, przez pryzmat szukających swego miejsca w świecie artystów, portretuje dotykający wiele niespokojnych dusz wewnętrzny niepokój i dojmujące uczucie bezsensu naszej egzystencji. Jak sam twierdzi, opowiada o ludziach uwięzionych w mentalnych klatkach i ich desperackich próbach wydostania się z nich. Jednak ta powieść graficzna ma wiele wątków i poziomów - autor sięga też między innymi po psychoanalizę, i zastanawia się nad postrzeganiem naszej rzeczywistości przez pryzmat twórczości artystów i jej symbolicznego aspektu.


McKean znany jest z tego że lubi eksperymentować. W pracy nad komiksem nie straszne mu takie techniki jak kolaż, fotografia czy rzeźba. Jego dokonania niejednokrotnie ocierają się o swoistą rysunkową poezję. Jednak tworząc „Klatki” bardzo ostrożnie stosował wszelkie graficzne udziwnienia. Są tu oczywiście obecne, ale widać, że w tym przypadku McKeana interesowała fabuła a nie forma. Z jednej strony to trochę szkoda, bo gdy daje się ponieść widać, że ma nam do zaoferowania znacznie więcej, z drugiej, to całkiem zrozumiała decyzja. Chce klarownie przekazać swoją opowieść, i uważa by nie przytłoczyć czytelnika nawałem wrażeń wzrokowych.

„Klatki” to prawdziwe wydarzenie artystyczne, i jeden z najważniejszych albumów komiksowych tego roku. Mimo iż od ukazania się pierwszego zeszytu tej historii minęło już ponad dwadzieścia pięć lat, to dalej dzieło świeże i frapujące. Co prawda jego lektura to nie lada wyzwanie, ale żaden miłośnik ambitnego, artystycznego komiksu nie może przejść obok niego obojętnie.